Rio de Janeiro

W połowie stycznia wylądowaliśmy w Rio de Janeiro. Przylecieliśmy z zimnej Polski do gorącego Rio z krótkim pobytem w Barcelonie. Po wyjściu z samolotu uderzył nas upał i gigantyczna wilgotność. Od razu na lotnisku próbowali nas oszukać. Na początku taksówkarze. Przed wyjściem z lotniska stał pan w ładnej czerwonej koszuli, który kierował przylatujących do taksówek. Kurs do centrum kosztował 110 reali. Po chwili zastanowienia zobaczyliśmy, że 100 metrów dalej stoją żółte taksówki miejskie. Okazało się, że w nich kurs do naszego hotelu kosztuje 70 reali za 4 osoby z bagażami. Wszystkim odwiedzającym stolicę Brazylii polecamy korzystanie z żółtych, oficjalnych miejskich, choć i w nich nie zawsze wydają tyle reszty, ile się należy. W taksówkach miejskich jest zawsze cennik, z którego wynika, jaki będzie przybliżony koszt przejazdu pomiędzy danymi dzielnicami. Do tych kwot taksówkarze doliczają sobie napiwek.

Brazylia (1)Droga do naszej dzielnicy Catete była niesamowita. Pełno patroli policyjnych, funkcjonariuszy z karabinami kontrolującymi samochody i motocykle w poszukiwaniu narkotyków. Rio wydało nam się groźne i niebezpieczne, a jednocześnie fascynujące i ciekawe.

Dotarliśmy do naszego hostelu. Kierowca wysadził nas na ulicy i pokazał palcem na wysoką, trzymetrową furtkę z kolcami i ogrodzeniem z drutem kolczastym na górze. Przed hostelem stała grupa 20-30 młodzieńców z motocyklami; gwarna, radosna i roztańczona. Jak później się okazało, była to instytucja zwana w Brazylii Moto-taxi. W hostelu przywitała nas sympatyczna właścicielka i zaprowadziła do czystego i ładnego pokoju z klimatyzacją, w którym pierwszej nocy byliśmy sami.

Brazylia (2)Moto-taxi funkcjonowało w taki sposób, że około 30 gości w wieku na oko od 14 do 18 lat siedzi sobie ze swoimi motocyklami pod daszkiem i czeka na klientów, którzy mieszkają na wzgórzu (np. w faveli) i schodząc w dół udają się do centrum miasta lub wracają z pracy i kierują się do domów. W wolnych chwilach słuchają głośnej muzyki, krzyczą i tańczą. Uliczki były wąskie, dlatego motocykl wydawał się najlepszą opcją; poza tym było to najtańsze rozwiązanie.

Brazylia (3)Jeszcze tego samego wieczoru wybraliśmy się na krótki spacer po okolicy, kupiliśmy wodę i poszliśmy spać. Następnego dnia po wysłuchaniu instrukcji, gdzie można chodzić, gdzie nie, co ze sobą zabrać, a co zostawić, jak się zachowywać, a czego nie robić, wyszliśmy na nasze pierwsze zwiedzanie południowoamerykańskiego miasta. Zrobiliśmy sobie zdjęcie na słynnych schodach – niesamowitym dziele stworzonym przez Jorge Selarona. Artysta na ponad 200 stopniach ułożył jaskrawe płytki ceramiczne pochodzące z 60 krajów z całego świata, przekształcając obskurne miejsce w aleję – jakże odmienną od pozostałych uliczek dzielnicy. Obecność na dole schodów dwóch policjantów z gotowymi do strzału karabinami nie zapewniała jednak bezpieczeństwa. 100 metrów dalej, na górze, kilka dni wcześniej dwóch Brazylijczyków przyłożyło turystom do skroni pistolet i zabrało sprzęt fotograficzny.

Brazylia (4)Centrum Rio było gwarne i pełne ludzi. Było też sporo policji. Zwiedziliśmy słynną katedrę, pokręciliśmy się trochę po mieście, wypiliśmy wodę z kokosa i skierowaliśmy się w stronę hotelu. W pewnej chwili, przechodząc przez dzielnicę Santa Teresa, zauważyliśmy, że na ulicy praktycznie nie ma ludzi, a w bramach stoją grupki młodych mężczyzn. Byliśmy na skraju faveli. Atmosfera była co najmniej dziwna. Zawróciliśmy i spacerowym tempem wróciliśmy do głównej drogi.

Następnego dnia pojechaliśmy z Matiasem, poznanym w hostelu kolegą ze Szwajcarii, zwiedzać chyba najsłynniejszy stadion na świecie – Maracanę. Dzięki kartom ISIC kupiliśmy bilety za pół ceny i dołączyliśmy do grupy oprowadzanej przez przewodnika. Generalnie stadion jak stadion, podobne obiekty mamy w Polsce. Pogląd zmienia się dopiero, jak uświadomimy sobie, że na tym stadionie były 2 finały mistrzostw świata i grały największe gwiazdy w historii futbolu. Na Maracanie jest wystawa poświęcona najważniejszym osobom, które gościły na stadionie. Jest pomnik Zico i krzesło, na którym siedział JPII w czasie mszy. Każdy kibic może też zagrać w piłkę – niestety tylko na xboxie.

Brazylia (6)Brazylia (7)Brazylia (8)W sobotę wraz z innymi mieszkańcami hostelu wybraliśmy się na imprezę do najbardziej rozrywkowej dzielnicy w Rio, czyli La Lapy. „Moja laska taka napalona” – takie słowa usłyszeliśmy od jednego z Brazylijczyków. Oprócz kilku przekleństw były to jedyne słowa, które znał po polsku. A znał je, bo ma dziewczynę z Polski, która mieszka we Wrocławiu.

Brazylia (9)Rio jest genialne! Tuż po przylocie i dotarciu do hostelu wydawało się cholernie niebezpiecznie, teraz trochę je oswoiliśmy. Dodatkowo ma piękne plaże – najsłynniejszą plażę na świecie, czyli Copacabanę oraz mniej znaną, ale chyba bardziej urokliwą, Ipanemę. Na Copacabanie jest mnóstwo osób, które uprawiają sport: grają w piłkę nożną plażową, siatkonogę czy siatkówkę. Szkółki piłkarskie najsłynniejszych brazylijskich klubów organizują tam swoje treningi. Dodatkowo polecamy zachód słońca nad Ipanemą. Atmosfera rewelacyjna.

Brazylia (10)Dwie bez wątpienia dwie największe atrakcje Rio to wzgórze Corcovado z pomnikiem Chrystusa oraz Głowa Cukru. Z tej dwójki zdecydowaliśmy się na jeden z Cudów Świata, czyli pomnik Chrystusa. Można się tam dostać na dwa sposoby. My wybraliśmy opcję najtańszą – bus odjeżdżający z placu przy stacji metra Largo Do Machado. Bilety kupuje się przez internet lub w budce przy przystanku, z którego odjeżdża busik na górę.

Brazylia (11)Za około 75 reali można zafundować sobie wycieczkę do favelli. Mathias wziął udział i był zachwycony. My się nie zdecydowaliśmy.

Brazylia (12)Przed wyjazdem sporo czytaliśmy, że Rio to jedno z najniebezpieczniejszych miast świata, że na jak będziemy mieli szczęście, to jedynie nas okradną, ale nie zabiją i tym podobne wskazówki. Jak się nie dać w to wciągnąć? Tak naprawdę nie wiemy. Przekażemy tylko, jakie my podjęliśmy środki bezpieczeństwa:

  1. Lustrzanka zostawała w hostelu albo pakowaliśmy ją do plecaka i spinaliśmy zamki takimi małymi kółeczkami, które są czasami przy kluczach.
  2. Paszport i ważniejsze dokumenty zostawały również w hostelu. Przy sobie mieliśmy ksero paszportów i studenckie karty ISIC. Problem pojawił się w kantorze, gdzie do wymiany waluty niezbędny jest paszport. W pierwszym kantorze nie wymienili, w drugim też, a w trzecim powiedziałem, że legitymacja studencka ISIC to taki europejski paszport i się udało :)
  3. Portfela również ze sobą nie zabieraliśmy. Postanowiliśmy zabierać tylko tyle pieniędzy, ile będzie danego dnia potrzebne. Najlepiej drobne, bo oszukują przy wydawaniu reszty.
  4. Ubieraliśmy się tak, żeby się za bardzo z tłumu nie wyróżniać – klapki, spodenki i T-shirt. Kamuflaż idealny :)
  5. Pieniądze i dokumenty trzymaliśmy w walizkach w kilku miejscach.
  6. Jak taksówki, to tylko oficjalne, żółte, miejskie. Z obecnym podejściem zdecydowalibyśmy się również na moto taxi. Wtedy było jeszcze na to za wcześnie.
  7. W metrze i autobusie plecak przerzucaliśmy z pleców na klatkę piersiową.

Jedyne oszustwo, na jakie kilka razy się nabraliśmy, to wydawanie reszty. Zawsze trochę brakuje. Kupowaliśmy jedzenie na plaży za 5 reali, dałem 20, wydali 5 i przekonali mnie do tego, że dałem 10. To samo w sklepie przy zakupie Coca coli. No i na koniec taksówkarz. Zamawiając taksówkę na dworzec zachowaliśmy się dokładnie tak, jak radzili inni podróżnicy. Wybraliśmy żółtą, oficjalną, korporacyjną taksówkę, ustaliliśmy cenę (miało być mniej niż 30 Reali, wyszło 27 ) i co? Dałem 50 Reali, wydał mi 3 i powiedział, że ”Es Ok “. Zanim się zorientowałem, gościa już nie było ;).

Brazylia (13)

Sao Paulo

Z Rio pojechaliśmy do największego miasta na południowej półkuli – Sao Paulo, do miasta-giganta, którego ogrom jest porażający. Pierwszy raz w czasie podróży zatrzymaliśmy się u osób z Couchsurfingu i co tu dużo mówić – na pewno nie żałowaliśmy.

„Jeżeli w Brazylii możesz chodzić do pracy w krótkich spodenkach, to jesteś gość” – twierdzi Renato, nasz pierwszy w podróży Couchsurfingowy gospodarz. Oczywiście idzie do swojej pracy w krótkich spodenkach. „Jeżeli w sali narad siedzą goście w garniturach od Armaniego, a ty wejdziesz do sali ubrany w szorty do kolan, wszyscy dookoła wiedzą, że jesteś bossem. Jesteś tak dobry, że już nie musisz ubierać garnituru”.  Mnie przekonał.

Brazylia (14)Renato i Nayara to para, której chcemy poświęcić cały odcinek relacji z Sao Paulo. I nie dlatego, że byli pierwszymi gospodarzami z Couchsurfingu. Dlatego, że byli najlepszymi gospodarzami, jakich można sobie wyobrazić.

Renato jest copywriterem i pracuje w agencji reklamowej. Studiował filozofię, filmoznawstwo i gastronomię (tak, tak, w Brazylii można studiować gastronomię, studia trwają 2 lata). Wychował się w Sao Paulo, w bardzo biednej rodzinie, mieszkał tuż przy granicy z favelą. Jego rodzice nie potrafili czytać ani pisać. Żeby utrzymać rodzinę, jego ojciec musiał pracować w dwóch miejscach jednocześnie. Renato chcąc spędzić z tatą trochę czasu, wstawał razem z nim o 4.30, żeby zjeść śniadanie, później dalej kładł się do łóżka. Tata wracał do domu po pracy, gdy syn już spał.

Renato od dziecka miał w sobie mnóstwo determinacji, żeby zmienić swoje życie. Sam nauczył się angielskiego z książek i filmów, których jest wielkim fanem.  W jego mieszkaniu znajduje się gigantyczna kolekcja książek, komiksów oraz filmów na DVD. Renato jest zapalonym motocyklistą i marzy o tym, żeby w Nowym Jorku kupić motocykl i przemierzyć Stany słynną Route 66. Jego marzenie podzielam również ja, w związku z czym umówiliśmy się, że za 2-3 lata postaramy się spełnić je razem. Spodobał mu się również mój pomysł z zakupem VW T4. Zaoferował nawet swoją pomoc, bo w dziedzinie samochodów jest ekspertem.

W swoim życiu kieruje się mottem: „Spraw, że twoje marzenia stały się twoją biografią.”

Renato ma jednak jedną wadę. Sao Paulo to największe miasto Ameryki Południowej. Mieszka w nim około 12 milionów ludzi! Dla wszystkich piłka nożna jest religią. I w całym mieście, być może w całej Brazylii jest jeden człowiek, którego futbol zupełnie nie obchodzi – Renato.

Jako gospodarze para okazała się wspaniała. Odebrali nas ze stacji metra i zawieźli do swojego mieszkania, codziennie rano czekało na nas pyszne śniadanie, wieczorem świetna kolacja. Mogliśmy korzystać z basenu. Co jakiś czas powtarzali: od dziś to jest również wasz dom.

Brazylia (15)Pożegnalną kolację zjedliśmy przy świecach. Nie dlatego, żeby było bardziej romantycznie. Rano, przed wyjściem na Free Walk Tour sprawdziliśmy pogodę. Okazało się, że wieczorem ma padać. Nayara, powiedziała, żebyśmy się nie przejmowali, bo to będzie tylko “taki mały koniec świata”. Bardzo nas to zaciekawiło. Ze zwiedzania wróciliśmy tuż przed planowanym “końcem”. Usiedliśmy na kanapie w oczekiwaniu i … nie padało. Burzy praktycznie też nie było. Zrobiło się ciemno i raz zagrzmiało. Ale za to jak! Prawie spadliśmy z kanapy! Piorun uderzył w drzewo obok naszego budynku. Drzewo przewróciło się na przejeżdżający samochód, zrywając przy tym linie elektryczne. Strażacy całą noc usuwali skutki tego zdarzenia, a prąd został włączony dopiero rano. Następnego dnia brazylijska telewizja pokazywała zdarzenie w wiadomościach.

Brazylia (16)Sao Paulo, to kolos, moloch, którego nie sposób ogarnąć. Na ulicach, na dworcach, w metrze są tłumy ludzi. Jest przy tym najbogatszym miastem Brazylii i jej głównym finansowym ośrodkiem. Centrum miasta jest jednocześnie przepiękne. Mnóstwo kolonialnych, świetnie zachowanych budynków pomiędzy nowoczesnymi wieżowcami. Ludzie jednocześnie zapracowani i uśmiechnięci, zadowoleni z życia. Sao Paulo jest tak inne niż Rio.

P.S. Renato nienawidzi piłki nożnej. W czasie mistrzostw w Brazylii obejrzał w TV wszystkie 64 mecze. Ja chyba też jej nienawidzę.

Brazylia (17)

Kurytyba

Podczas sześciogodzinnej podróży autobusem z Sao Paulo do Kurytyby byliśmy świadkiem prawdziwej, południowoamerykańskiej burzy z piorunami. Intensywnością błysków, głośnością grzmotów i ilością deszczu nie da się jej porównać z żadną burzą w Europie.

Brazylia (18)W Kurytybie zrobiliśmy sobie zdjęcie pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Pomnik (trochę mniejszy niż w Toruniu) stoi w Bosque do Papa, parku poświęconym mieszkającym w tym mieście Polakom i nazwanym na cześć Jana Pawła II. Jest tam również mały skansen, na który składa się kilka przeniesionych z Polski chałup oraz Kawiarnia Krakowiaka serwująca podobno najlepsze w Brazylii pierogi. Oczywiście ich nie spróbowaliśmy, ponieważ Señor Krakowiak mocno przegiął z cenami. W Athletico Paranense, najbardziej popularnym klubie piłkarskim w Kurytybie, grało kiedyś nawet dwóch Polaków (o czym przypomniał mi mój Couchsurfingowy kolega): Krzysztof Nowak i Mariusz Piekarski. Krzysiu Nowak, mój idol z dzieciństwa, którego plakat wisiał nad moim łóżkiem, niestety już nie żyje. Zmarł w bardzo młodym wieku kilka lat temu po długiej i ciężkiej chorobie. A podobno przed zdiagnozowaniem choroby na biurku jego menadżera leżały gotowe do podpisu kontrakty z takimi klubami jak Bayern Monachium czy AS Roma. Piekarski natomiast żyje i ma się dobrze. Wszyscy go w Kurytybie pamiętają. Niestety nie ze względu na dobrą grę i piękne gole (1 bramka w 15 meczach), ale ze względu na to, że mając w Polsce żonę, tutaj poślubił aktualną Miss Brazylii. Polakos!

Brazylia (19)Brazylia (20)W Kurytybie mieszkaliśmy u Marcosa, którego żona była z pochodzenia Polką o pięknym nazwisku Grzegorczyk, którego wymowa wywoływała u Marcosa dreszcze. Po polsku znała tylko dwa słowa. Ale za to jakie! “Kartofle” i “buraki”. Rodzice Cicihni Grzegorczyk, Vlad (Władysław) i Hañka (Hanna) mieszkają na farmie 100 km od Kurytyby i od wielu lat zajmują się rolnictwem.

Brazylia (21)Zobaczyć prawdziwą brazylijska farmę lub plantację! To było moje marzenie. Do jego spełnienia zabrakło niewiele. Rodzice Renato i Nayary z Sao Paulo mieszkają na farmie, rodzice Cicihni również. Gdybyśmy, w którymś z tych mogli zostać odrobinę dłużej… Pozostaje nam (bardziej pewnie mi) podziwianie posiadłości brazylijskich rolników zza szyb autobusu podczas dłuuugich podróży pomiędzy miastami.

Z Kurytyby zapamiętamy jeszcze dwie rzeczy: nowoczesne, przeszklone przystanki autobusowe w kształcie walca oraz chyba najdłuższe na świecie autobusy miejskie (przegubowe w dwóch miejscach).

Brazylia (22)

Wodospady Iguazu

Cały dzień poświęciliśmy na to, żeby dotrzeć do Foz da Iguasu na granicy brazylijsko-argentyńsko-paragwajskiej, które było naszym przystankiem nad Wodospady Iguazu. Wodospady można oglądać zarówno od strony brazylijskiej, jak i argentyńskiej. My wybraliśmy tą pierwszą opcję. Bilet wstępu był bardzo drogi, ale jak nam powiedzieli spotkani później w Boliwii Polacy, nie musieliśmy za niego płacić. Wystarczyło wieczorem po zamknięciu bram wejściowych do parku rozbić w pobliżu namiot, spędzić w nim noc, wstać o 4 rano, kiedy jest już widno i po prostu wejść na teren parku. Wrażenie z wyprawy na wodospady było niesamowite, a widoki nieziemskie.

Brazylia (23)W hostelu w Foz da Iguasu oprócz nas nocowała tylko jedna osoba – Arek z Warszawy, który był w trakcie podróży dookoła świata. Udzielił nam paru fajnych wskazówek, posiedzieliśmy wieczorem przy brazylijskim piwie, a następnego dnia każdy pojechał w swoją stronę.

Brazylia (24)Brazylia (25)Brazylia (26)

Galeria zdjęć - Brazylia

Zobacz więcej  

Informacje

Zobacz więcej